Fot. Anna Lindh-biblioteket (lic. CY BY-SA)

Stefan Kubów: moje bibiblioteczne praktyki studenckie w latach 60-tych

Studia bibliotekoznawcze w drugiej połowie lat sześćdziesiątych oznaczały konieczność odbycia czterech praktyk bibliotecznych: po pierwszym semestrze, a następnie po kolejnych latach studiów, które wtedy trwały cztery lata. Jeśli miało się trochę szczęścia lub miało względy u osoby odpowiedzialnej za organizację praktyk, był to też sposób na uatrakcyjnienie wakacji. Można było bowiem zostać wysłanym do któregoś ośrodka akademickiego poza Wrocławiem, a uczelnia opłacała kwaterę w akademiku oraz diety, które wystarczały na posiłki w stołówkach zakładowych. Niektórym udawało się spędzić taki miesiąc w stolicy, Szczecinie, Poznaniu czy Krakowie co roku.

Tak zwane praktyki śródroczne trwały dwa tygodnie i odbywały się we Wrocławiu. Wraz z kilkoma koleżankami i kolegami trafiłem do Biblioteki Głównej ówczesnej Wyższej Szkoły Rolniczej, gdzie mieliśmy zaznajomić się praktycznie z gromadzeniem i uzupełnianiem zbiorów. Zostaliśmy oprowadzeni po wszystkich agendach biblioteki, po czym byliśmy „zabawiani” przez dyrektora, którym był Jan Pasierski ceniony w skali kraju fachowiec, pełniący w owym czasie funkcję wiceprzewodniczącego Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich. Opowiadał nam o swoich podróżach zawodowych, o poznanych w ich trakcie bibliotekach w kraju i za granicą, ale najwięcej czasu poświęcał różnym aspektom pracy bibliotecznej oraz etosowi zawodowemu. Wiele więc się nie nauczyliśmy, ale mnie przynajmniej „zapachniało” przyszłą pracą i pobudziło nadzieję, że kiedyś sam osiągnę taką pozycję, jak nasz mentor.

Wakacje niestety też spędziłem we Wrocławiu. Wraz z kilkoma koleżankami i dwoma kolegami zostałem skierowany do Biblioteki Głównej Akademii Medycznej. Mieliśmy tam nabyć wprawy w tzw. formalnym opracowaniu zbiorów, czyli sporządzaniu opisów katalogowych na specjalnych formularzach, o standardowych wymiarach 125 x 75 mm. I tam wreszcie powróciła moja wiara, że jednak wiedziałem, o co w tym chodzi. Bo próbująca mnie przez cały semestr nauczyć tego nasza wykładowczyni namąciła mi tylko w głowie, zamiast utwierdzić w wiedzy nabytej dzięki pomaganiu w bibliotece, gdym bywał w „mojej” bibliotece gromadzkiej w Zagrodnie w pow. złotoryjskim. I ewentualnie tę wiedzę usystematyzować.

Dość, że najgorzej podczas tej „nauki” mieli koledzy, którzy wcześniej skończyli pomaturalne studia bibliotekarskie, gdzie tej sztuki uczyli wytrawni praktycy. Z trudem otrzymali zaliczenie na „dostateczny”. Ja też nie zostałem wyżej oceniony, ale za to bez trudu, bo nie upierałem się przy moich dotychczasowych umiejętnościach. Przypadło nam opracowywanie tzw. druków zbędnych, pod okiem sympatycznej pani Kolbuszewskiej, imienia nie pomnę. Były to jakieś nie nadające się do użytkowania dary profesorów uczelni oraz inne dublety, czyli egzemplarze książek, które biblioteka już posiadała w potrzebnej liczbie egzemplarzy. Dziś by się ich po prostu nie wcieliło do zbiorów i przeznaczyło na rozdawnictwo, wyprzedaż lub na makulaturę. Ale w „socjalizmie”, kiedy każdy był podejrzany, druki te musiały zostać zainwentaryzowane i skatalogowane i wycenione, choćby w formie opisów skróconych, żeby następnie ktoś podjął formalną decyzję o ich wycofaniu i dalszym przeznaczeniu.

O ile pamiętam, na początek należało taką listę w całości lub sukcesywnie rozesłać do 37 bibliotek naukowych w kraju, mających prawo do pierwszeństwa ich nabycia w formie darowizny lub sprzedaży. Dopiero w razie braku zainteresowania z ich strony (czekać na odzew należało bodaj dwa miesiące), można je było sprzedać, rozdać lub przekazać na makulaturę. Na wszystko mając niezbędne zgody i kwity.

Pracowaliśmy więc, ucząc się katalogowania i mając zarazem poczucie, że nasz wysiłek jest użyteczny. Przerwy w pracy spędzaliśmy w otaczającym bibliotekę parku lub… na dachu biblioteki, gdzie był dość rozległy taras i mogliśmy się opalać. Mam z tego czasu zachowanych trochę zdjęć i miłe wrażenia.

Praktyki po drugim roku spędzałem znów we Wrocławiu, w Bibliotece Uniwersyteckiej. Pisałem już o nich. Więcej pożytku dawały mi dni, które przeznaczałem na realizacje zlecenia ze Spółdzielni Studenckiej „Robot”. Pomagaliśmy z kolegą w pracach remontowych w budynku nieodległego od biblioteki Biura Projektów Budownictwa Przemysłowego „Projprzem”. Miejscowa gazeta wykpiła tę nazwę dając tytuł „Skrótbiur”. Popołudniami zaś z innym kolegą myliśmy szyby w banku. Zarobek z obu tych zleceń pozwolił mi na zakup garnituru oraz roweru, czeskiej „półkolarzówki” Favorit. Służyła mi przez wiele lat, objechałem nią niemal całą zachodnią część Dolnego Śląska.

Najmilej wspominam praktyki po trzecim roku. Bo wreszcie nie tylko poza Wrocławiem, lecz w pięknym, nawet już wtedy, Krakowie. W Bibliotece Miejskiej, w której wiele się nauczyłem i można rzec w pewnym stopniu ukształtowałem zawodowo. Wtedy też poznałem moją żonę, która jako studentka niższego roku, też trafiła na praktyki do Krakowa. Wracaliśmy już jako para, a dziesięć miesięcy potem w kaliskim ratuszu nałożyliśmy już sobie ślubne obrączki.

Po trzecim roku studiów powinniśmy byli poznać działalność usługową i informacyjną biblioteki. Mnie i memu koledze z roku przypadło miejsce w Oddziale Informacji. Nie pamiętam, czy już wtedy nazywano ją naukową. Pod okiem pani Sławy Vogel, której parę lat temu poświęciłem odrębny wpis, jako jednej z moich mistrzyń, opracowywaliśmy pisemne kwerendy (zapytania o informacje o zbiorach i ze zbiorów), wzbogacali kartoteki wycinków prasowych, głównie poświęconych Krakowowi oraz udzielali informacji ustnych i telefonicznych. Jako interesujący się literaturą współczesną na drugą połowę miesiąca skierowany zostałem do pomocy pracującemu tam magistrowi Aleksandrowi Fiutowi, dziś legendzie krakowskiej polonistyki, wybitnemu „Miłoszologowi”, w przygotowywaniu wystawy z okazji przypadającej na następny rok XXV rocznicy Związku Literatów Polskich w Krakowie.

Poznałem dzięki temu dobrze historię Domu Literatów przy ul. Krupniczej 22 oraz jego lokatorów, którzy osobiście przynosili nam swoje książki, numery czasopism z wydrukowanymi ich opowiadaniami lub wierszami, a przy okazji pomagali uzupełniać treść informacji ich dotyczących. Regularnie bywał ówczesny prezes Oddziału ZLP Stefan Otwinowski oraz znany pisarz i memuarysta Tadeusz Kwiatkowski. O ile pamiętam, pojawił się też wybitny twórca krótkich form epickich, Kornel Filipowicz, ówczesny towarzysz życia Wisławy Szymborskiej. Jej samej, ani innych wybitnych krakowskich pisarzy jednak nie poznałem.

Widać dobrze się sprawiłem, gdyż po końcowym spotkaniu z dyrekcją biblioteki, stojący na jej czele wybitny bibliograf, którego do tej pory znałem z zalecanych nam studentom lektur, prof. Józef Korpała, zapewnił mnie, że gdybym po studiach chciał pracować w tej bibliotece, chętnie mnie przyjmie. Znajomość z nim oraz owoczesnym jego zastępcą drem Józefem Zającem trwała latami.

Z pierwszym przez kilkanaście lat wymieniałem korespondencję, która uległa ożywieniu, gdy kilkanaście lat później zostałem przewodniczącym Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich, on zaś był jego honorowym członkiem, drugi zaś już jako następca swego mistrza został członkiem Zarządu Głównego i w środowisku zawodowym stał się autorytetem nie tylko zawodowym, ale też moralnym. Odwiedzałem go jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, do chwili, gdy nastąpiło połączenie Biblioteki Miejskiej z Wojewódzką, którą zarządzał już dotychczasowy dyrektor tej drugiej prof. Jacek Wojciechowski.

Nie da się ukryć, że praktyki w znaczący sposób uzupełniały, a czasem też ugruntowywały wiedzę wyniesioną z sal wykładowych i ćwiczeniowych, zwłaszcza gdy przyjmujące praktykantów biblioteki podchodziły do swoich zadań z wystarczającą starannością. A za takową uważam odpowiedni instruktaż, urozmaicony program, zapewnienie udziału w użytecznych i ważnych pracach, a w przypadku studentów przyjezdnych także poznanie miasta oraz innych bibliotek. Dlatego za wręcz wzorcowo spędzony uważam miesiąc w Krakowie, gdzie wszystkie te warunki zostały spełnione. Kiedyś wyraziłem się, że dal mi on więcej niż cztery lata studiów.

Przesadziłem. Owszem, gdy idzie o umiejętności praktyczne, nauczyłem się więcej, ale gdy przypomnę sobie wykłady doświadczonych profesorów bibliologii Karola Głombiowskiego i Bronisława Kocowskiego, a z młodszych Krzysztofa Migonia oraz literaturoznawcy Andrzeja Cieńskiego, wybitnego filozofa Andrzeja Nowickiego czy specjalisty z zakresu edytorstwa Romana Sobola, ich rola w ukształtowaniu mnie takim. jakim się stałem jest nie do przecenienia.

Grupce dziesięciorga studentów z mego rocznika trafiły się pod koniec studiów dodatkowe dwutygodniowe praktyki. Właściwie było to zlecenie, które jesienią 1969 roku wpłynęło z Miejskiej Biblioteki Publicznej w Kaliszu, możliwe do wykonania przez doświadczeńszych i bardziej wprawnych studentów pod okiem wykładowcy. A była nim pochodząca z tego miasta dzisiejsza profesor Anna Żbikowska-Migoń.

Otóż biblioteka ta weszła w posiadanie księgozbioru prywatnego wybitnego Kaliszanina, późniejszego zaś profesora i rektora Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie Alfonsa Parczewskiego (1849-1933). Kilka tysięcy książek oraz roczników i pojedynczych numerów czasopism należało oczyścić, uporządkować, skatalogować i zinwentaryzować. Może nie definitywnie, ale w stopniu umożliwiającym zapewnienie do nich dostępu.

Ucieszyłem się, że zostałem zakwalifikowany do grupy, która miała te prace wykonywać, bo to było wyróżnienie, a poza tym było to miasto mojej przyszłej żony. Pojechaliśmy tam w grudniu, gdy leżał już śnieg. Zakwaterowano nas ni to w hoteliku ni schronisku przy stadionie miejskim, skąd przez park szlo się do biblioteki jakieś 5 – 10 minut. Wtedy to nie było zresztą duże miasto. Rozrosło się dopiero, gdy w 1975 r. stało się stolicą województwa.

Opracowanie księgozbioru z przełomu XIX i XX wieku to duże wyzwanie i znakomita okazja do nauczenia się trudnej sztuki katalogowania. Raptem połowa to były druki polskie, reszta zaś to materiały w językach obcych, przeważnie w niemieckim (do tego szwabachą lub frakturą, czyli ogólnie zwanymi u nas gotykiem), rosyjskim (w starej pisowni) i francuskim.

Jakby tego było mało, znaczna część publikowanych dawniej książek nie posiadała niezbędnych do poprawnego opisu danych, wiele ukazywało się anonimowo, pod pseudonimami lub kryptonimami, bez właściwie podanych miejsc wydania lub nazw wydawców. Żeby je ustalić trzeba było sięgać do bibliografii, słowników dzieł anonimowych, kryptonimów i pseudonimów.

Miejscowa biblioteka nie miała ich w takim wyborze, jaki mieliśmy we Wrocławiu, telefoniczne konsultacje były właściwie niemożliwe (koszty i czekanie na połączenie przez międzymiastową), a o tym, że można będzie się komunikować on-line z całym światem, przesyłać sobie teksty i obrazy, nikt nawet nie marzył. Choć warto wiedzieć, że początki Internetu datuje się właśnie na ten rok.

Ale i ten dostępny na miejscu warsztat wiele pomógł, a przede wszystkim pozwolił na praktyczne opanowanie czegoś, co nazywa się heurystyką bibliograficzną, której uczyliśmy się podczas dwóch pierwszych lat studiów. Potem przydała mi się ta umiejętność, gdym już jako pracownik Biblioteki Uniwersyteckiej „społecznie” katalogował tzw. księgozbiór zabezpieczony, czyli zbiory dawnej wrocławskiej Biblioteki Miejskiej (Stadtbibliothek zu Breslau) oraz zbiory zwiezione do Wrocławia z obszaru tzw. Ziem Odzyskanych w 1945 roku. Zadziwiłem wtedy pracujące tam doświadczone bibliotekarki, bo szło mi to jak z płatka. Nie mogły nadążyć z codziennym przygotowaniem mi „frontu pracy”!

Tymczasem zima stała się mroźna, były kłopoty z wyjazdem z Kalisza, bo pociągi miały wielogodzinne opóźnienia. A tu jeszcze trzeba było z Wrocławia dojechać do rodzinnej wsi na święta. Jeśli dobrze pamiętam, udało mi się dojechać w ich przeddzień.


Wykorzystano zdjęcie Anny Lindh-biblioteket (lic. CY BY-SA)