Fot. Evan Bench (cc by)

Auto-Murakami czyli epicka opowieść o walce z maszyną

6 listopada 2013

Zachęcony oryginalną formą premiery książkowej wybrałem się na Dworzec Główny PKP we Wrocławiu w celu zakupienia ostatniej powieści Haruki Murakamiego   automatu. Weszliśmy z córką do hallu dworca ok. 22:00. Automat stał sobie spokojnie, nieoblegany, estetyczny i do połowy wypełniony książkami.

Jako człowiek obyty z techniką, zapłaciłem kartą (chociaż nie bez pewnych trudności, bo mówione instrukcje zareagowały dopiero przy trzecim włożeniu karty), wybrałem numerek, książka spadła do szuflady i… przedstawienie dopiero się zaczęło.

1453381_596908363680093_918396159_a555950_596908583680071_1510557988_a1012470_596908547013408_1408678162_a

Książka spadła niestety pionowo, czego producent automatu najwyraźniej nie przewidział. Konstrukcja szuflady zawiera bowiem dość przemyślny mechanizm, a mianowicie ruchomą klapę (widoczna na niezbyt dobrych zdjęciach blacha z otworami), która zamyka się kiedy szuflada się otwiera. Jednak pionowo stojąca książka uniemożliwiała domknięcie klapy, a to z kolei powodowało niemożność otwarcia szuflady w celu wyjęcia książki.

1455145_596908630346733_2014084639_a 1454996_596908683680061_1766670946_a 1379487_596908763680053_391398596_aTowar zapłacony i wydany, a między nim a mną klapa i szyba. Oczywiście żadnej obsługi – no bo to automat a nie sklep. Zwalczając w sobie pokusę zastosowania „brutal force” zacząłem telepać szufladą z klapą w nadziei, że książka wywróci się i leżąc poziomo da się wyjąć. Po kilkudziesięciu telepnięciach, które nie dały żadnego rezultatu zaczęliśmy budzić zainteresowanie.

Najpierw do akcji włączyli się panowie ze „starej szkoły”, mocno po czterdziestce. Sądząc po uniformach byli to: pracownik PKP, pracownik firmy sprzątającej oraz ochroniarz. Początkowo pouczyli mnie, że na pewno gdzieś na automacie znajduje się telefon do serwisu. Był QR-code, adres na Facebooku, stona internetowa a nawet nazwy mobilnych aplikacji, przy pomocy których można zdobyć mnóstwo informacji o książce, autorze ale nie o tym jak otworzyć szufladę. Telefonów zero. No w końcu mamy XXI wiek, telefony są passe.

Potem panowie przeszli do ataku przy pomocy drucianego wieszaka. Wspomagali mnie też w telepaniu, przechylając nieco ciężką szafę na bok. Na szczęście nie zadziałał żaden mechanizm wyłączający całą elektronikę, bo szafy zwykle nie lubią być przechylane. Widowisko rozwijało się więc dynamicznie ale wielkiej widowni nie zebraliśmy, pewnie z powodu późnej pory.

Panowie pomruczeli, pokiwali i poszli sobie. A ja kontynuowałem telepanie w myśl zasady, że to co nie udaje się tysiąc razy, może udać się za tysiąc pierwszym. Patrzyło też na mnie moje dziecko, któremu właśnie tłumaczyłem w drodze na dworzec, że nie wolno się poddawać i rozprawka z polskiego w końcu musi się dać napisać. A teraz miałbym skapitulować przed automatem, który w dodatku skasował mnie na 30 zł? Never.

Z problemem postanowili się zmierzyć przedstawiciele młodego pokolenia, którzy od jakiegoś czasu obserwowali widowisko „Olek walczy z automatem o wydanie książki”. Jeden z dwudziestolatków, podszedł i delikatnie pociągnął szufladę ze zdziwieniem stwierdzając, że „coś ją blokuje”. Surprise!

Pewnie zakładał, że taki stary pierdoła nie wpadł jeszcze na to żeby po prostu ją otworzyć. Dołaczył do niego drugi, który mamrocząc „paranoja” nie wniósł do sprawy nic nowego, mimo moich zachęt w rodzaju „no, chłopaki, kombinujcie…”. I znów zostaliśmy osamotnieni – ja, moja córka i automat.

Powróciłem zatem do radosnego telepania szufladą, ale kierunek sił niestety nie był w stanie zmienić położenia książki, pomimo że nabierałem operatorskiej wprawy. W akcie desperacji zainteresowałem się stojącymi nieopodal folderami.

Okazało się, że można je przecisnąć przez szparę w zablokowanej szufladzie, ale są zbyt wiotkie, żeby przewrócić książkę. Z kolei złożone kilka razy nie dawały się przecisnąć, podobnie jak wcześniej druciany wieszak. Poszukałem zatem najbardziej sztywnego i jeden był idealny. Cienki i sztywny. Folder turystyczny. Dobry papier, porządne kolory – słowem solidna rzecz.

W czterdziestej minucie walki przewróciłem książkę przepchniętym przez szparę folderem i otworzyłem szufladę. Pora na wnioski: „Old school” zawsze pomoże i nie będzie szczędzić wysiłków, ale bywa nieskuteczna. „Młodziaki” nie mają lęku przed technologią, ale jak technologia nie działa, po prostu odpuszczają (może i słusznie).

Automaty do chipsów nie wystarczą do sprzedawania książek i następną wolę zamówić do Empiku, gdzie miła pani blond (pozdrawiam!) wyda mi zamówioną przesyłkę, nawet jak nie pamiętam numeru zamówienia (zwykle nie pamiętam). Foldery wciąż są bardzo użyteczne, szczególnie porządnie wydane. Jako ojciec zdałem egzamin, walczyłem do końca i pokonałem automat. A moje dziecko napisało rozprawkę.


Aktualizacja [autor: Dominika Paleczna]

Kiedy przechodziłam przez warszawski dworzec centralny i poszłam rzucić okiem na maszynę, spotkałam przy niej przedstawiciela wydawnictwa Muza, z którym chwilę porozmawiałam.

Próbował on naprawić błędy, jakie zdarzają się przy wydawaniu książek i testował działanie maszyny. Okazuje się, że z niektórych rzędów książki spadały bez problemu, a z innych zdarzało się, że spadały w pionie lub zaczepiały się jeszcze zanim zleciały do szuflady — w tej drugiej sytuacji jednak nic wielkiego się nie dzieje, bo wystarczy porządnie maszynę raz lub dwa razy klepnąć. ;)

Z płatnością podobno zdarzają się problemy, jeżeli karta wymusza wprowadzenie PIN-u.

Zastanowiło mnie, dlaczego właściwie przy maszynie spotkałam przedstawiciela Wydawnictwa, a nie kogoś z firmy udostępniającej/obsługującej automaty. Okazało się, że firma ta stacjonuje w Radomiu. Dlatego wydawnictwo samo musiało sprostać problemom ze sprzętem.


Wykorzystano zdjęcie Evana Bencha (lic. CC BY) oraz zdjęcia Aleksandra Radwańskiego

  • Maja

    Czytałam z uśmiechem na twarzy :) A tak a propos książek z automatów: w XIX-tym wieku wprowadził je Niemiec Filip Reclam, właściciel wydawnictwa noszącego jego nazwisko. Dzisiaj na podobne (przerobione z automatów na papierosy) można natknąć się w Hamburgu.

  • Jagoda

    W nowej bibliotece akademickiej Uniwersytetu Śląskiego, zwanej CINiBA można za pomocą automatu zwanego „Wypożyczacz” coś sobie wypożyczyć, jest też nocno-świąteczny „Zwrotomat”, który przydziela oddaną książkę do odpowiedniego działu-wózka i w dodatku nie przyjmuje książek z innych bibliotek ani też puszek po piwie!

  • http://dominika.bibliosfera.net/ Dominika Paleczna

    Kiedy przechodziłam przez warszawski dworzec centralny i poszłam rzucić okiem na maszynę, spotkałam przy niej przedstawiciela wydawnictwa Muza, z którym chwilę porozmawiałam.

    Próbował on naprawić błędy, jakie zdarzają się przy wydawaniu książek i testował działanie maszyny. Okazuje się, że z niektórych rzędów książki spadały bez problemu, a z innych zdarzało się, że spadały w pionie lub zaczepiały się jeszcze zanim zleciały do szuflady — w tej drugiej sytuacji jednak nic wielkiego się nie dzieje, bo wystarczy porządnie maszynę raz lub dwa razy klepnąć. ;)

    Z płatnością podobno zdarzają się problemy, jeżeli karta wymusza wprowadzenie PIN-u.

    Zastanowiło mnie, dlaczego właściwie przy maszynie spotkałam przedstawiciela Wydawnictwa, a nie kogoś z firmy udostępniającej/obsługującej automaty. Okazało się, że firma ta stacjonuje w Radomiu. Dlatego wydawnictwo samo musiało sprostać problemom ze sprzętem.

    Przy okazji spytałam o sprzedaż książki. Tylko w warszawskim automacie kupiono wczoraj ponad 100 egzemplarzy — to chyba całkiem niezły wynik jak na jeden wieczór?

  • http://dominika.bibliosfera.net/ Dominika Paleczna

    Jeszcze jedno. Jeżeli ktoś się obawia, że książce podczas spadania może stać się krzywda, to uspokajam: szansa jest niewielka, ponieważ książki są szczelnie zabezpieczone folią — nie odgnie się więc okładka, ani nie pomną się kartki. :)

  • http://sites.google.com/site/oleradwa Aleksander Radwański

    Firma z Radomia (to musi być chyba gdzieś w innej galaktyce), tylko niektóre się zaczepiają lub spadają w pionie, a Pan z Wydawnictwa dopiero testuje. Ale dobra nasza, 100 egz. to świetny wynik. Pani Dominiko! Chyba jednak można wymagać więcej. A autorowi, którego czytam namiętnie, zalecałbym zastrzeżenie w umowie, że automaty mają być japońskie. Wtedy spotkałaby Pani serwisanta z Tokio, który przyleciałby porannym samolotem. Jeśli miałby po co.

  • http://sites.google.com/site/oleradwa Aleksander Radwański

    A filmik to jako żywo, 135-ta standardowa odpowiedź administratora: „U mnie działa…”

    • http://dominika.bibliosfera.net/ Dominika Paleczna

      Akurat nagrałam fragment, kiedy działało. Ale nie za każdym razem tak się udawało. ;) Wtedy pan próbował poprawić ułożenie sprężyn — mam nadzieję, że to co tam robił faktycznie pomogło.

  • Izabella

    Na szczęście maszyna nie zastąpi człowieka :)
    Gratuluję cierpliwości i pomysłowości!

  • Iza

    Relacja z zakupu automatowego pierwsza klasa! (jak na dworzec PKP przystało! ;-)) Dziękuję, bo bardzo byłam ciekawa, jak to przebiega i czy cieszy się powodzeniem. Szkoda, że na dworzec w Katowicach wpuścili wczoraj pendolino, zamiast automatu z Murakamim :(

  • http://sites.google.com/site/oleradwa Aleksander Radwański

    Jest postęp. W automacie pojawiła się duża kartka, że „w razie kłopotów….” i dalej mail i kilka numerów telefonów (!). A sztywny folder, który mnie uratował to „Kliczków Castle”. Chciałem to odnotować, żeby było wiadomo, kto nie skąpi na porządną poligrafię